piesza.pl

    Zaczęło się to wszystko 19 lat temu. Niepozornie, skromnie, z nadzieją, ale i z obawą. Czy damy radę? Czy pierwszy raz nie będzie ostatnim? Czy stanie się to tradycją, czy też tylko jednorazowym wydarzeniem z okazji 150 pielgrzymki parafialnej. Dziś już wiemy , że obawy były niepotrzebne. Piesza pielgrzymka stała się czymś niesamowicie ważnym, bez czego nie można już sobie wyobrazić naszych Przyszowic. Żyją nią wszyscy. I ci co idą pieszo i ci co tylko towarzyszą pielgrzymom swymi modlitwami na trasie. Miałem łaskę brać udział w 14 pielgrzymkach (pierwszych 9, a potem już mniej regularnie). Poproszony o wspomnienie wiem, że jest to bardzo trudne zadanie. Bo jak porównać ten pierwszy romantyczny raz (gdy nie znając drogi ani odległości, w Brzezince, pod sklepem na podstawie mapy o godz. 10.00 świętowaliśmy połowę trasy, a na miejscu byliśmy dopiero za 12 godzin!!!) z tym poukładanym przebiegiem pielgrzymek ostatnich lat (gdzie jest i trasa i porządek i program i nagłośnienie itp.).
    A jednak parę rzeczy zawsze było takich samych. Po pierwsze – ogromny entuzjazm. Czekanie na to wydarzenie przez cały rok, odliczanie czasu od i do następnej pielgrzymki. Dalej – duch pielgrzymowania. Nieważne czy ktoś idzie po raz pierwszy czy kolejny zawsze czuje się tak samo dobrze. Wreszcie to co chyba najważniejsze, kontynuacja tradycji przyszowskiego kultu Świętej Anny i uczenie się przeżywania wielkich chwil na tym świętym miejscu. Bo piesza pielgrzymka to nigdy nie cel ale środek. Gdy więc wiele parafii ma dziś trudności by zebrać ludzi "na pąć" (a ludzie młodzi są w nich rzadkością!) Przyszowicom udało się nauczyć ludzi młodych pielgrzymować do Świętej Anny. Ta pielgrzymka zawsze sprawia, że czujemy się jacyś inni, lepsi. Wielu w czasie tego pielgrzymowania odkryło swe życiowe powołanie, a nawet się nawróciło. 
    Każde moje wspomnienie z minionych pielgrzymek jest zawsze niezwykłej z tych na które chodziłem jako młody chłopak i z tych w czasach kleryckich, i teraz gdy jako księdzu młodzi przyszowianie pozwalają mi jeszcze ze sobą chodzić. Nie da się opisać tego co człowiek czuje, bo to trzeba przeżyć. Dopiero wtedy rozumie się co to są adidasy klejone co roku by iść w nich 10 razy, co to są stojące skarpetki pod "Zalesianką" i czemu pod Dębem jest "ściepa" do "czopki" rzecznika prasowego. Trzeba pielgrzymować by zrozumieć że jedna blaza to nie jest jeszcze blaza, a na Obłędzie raz można piec kotlety a innym razem płynąć kajakiem. Trzeba iść w pielgrzymce, by poczuć jak to jest miło wstać o 500 gdy zapowiadano pobudkę na 400. Trzeba być pielgrzymem by zrozumieć czemu tak wszyscy kochają "Szłapcugowistów". Trzeba tam być by pojąć czemu Kaplica "Płaczących Niewiast" jest przed "III Upadkiem." I nie można też opisać tego uczucia gdy się wreszcie dojdzie na Rajski Plac, ucałuje tam ziemię, a potem spojrzy się na Nią – na Świętą Annę. A jednak i tak najpiękniejsze wspomnienia pozostają w sercu. Dlatego zamiast reszty wspomnień zachęta do ludzi młodych co jeszcze nigdy "piechty na Święto Anna" nie szli. Trzeba się wybrać i przeżywać niesamowite chwile oraz pisać historię dalszych pieszych pielgrzymek. By się spełniły słowa pielgrzymkowego przeboju wszechczasów mówiące o tym, że "jedynie my Szłapcugowiści trzymamy wciąż właściwy kurs". Bo jakby na to nie patrzeć te pielgrzymki istnieją nie tylko 19 lat ale trwają już nawet przez Drugie Tysiąclecie !!!

ks. Damian Gajdzik