piesza.pl

    Pisać wspomnienie o Nim to zadanie bardzo trudne. Obojętnie czy napisze się mało czy dużo i tak nie powie się wszystkiego o Człowieku, którego wielu uważa za prawdziwą legendę Przyszowic. Kim był ? Ze wspomnień rodziny wiemy, że urodził się 5 kwietnia 1905 r w Przyszowicach, Jego ojcem był Jan, matką Paulina z domu Rajca. Pracę zawodową rozpoczął jako górnik w Kopalni "Wujek" pracując tam przez krótki okres czasu, aż do wypadku. Po wyleczeniu się podjął pracę w ZNTK Piotrowice gdzie pracował do emerytury (za wyjątkiem okresu 1940-1945 r., kiedy to ZNTK przeniesiono do Kędzierzyna – Koźla). Przez długi czas (aż do śmierci) był kościelnym w przyszowskim kościele. Zmarł 23 listopada 1991 r. Pochowany został 26 Iistopda 1991 r na przyszowskim cmentarzu. Różne wspomnienia wiążą się z Jego Osobą ale dla prawie wszystkich którzy Go znali zawsze będzie się kojarzył z pielgrzymkami na Górę Świętej Anny. Pielgrzymowanie to rozpoczął wraz ze swoją matką w roku 1919 (miał wtedy 14 lat) i pielgrzymował nieprzerwanie do roku 1989. Jako organizator oraz przewodnik Pielgrzymki z Parafii Przyszowice rozpoczął służbę w roku 1929 i pełnił ją do roku 1990 (choć w tym roku już na pielgrzymkę nie pojechał). Nawet w okresie zakazu pielgrzymowania na Górę Św. Anny (czas okupacji) reprezentował Przyszowice wraz z grupą parafian w czasie wielkiego odpustu Wniebowzięcia N.M.P. Dodać należy jeszcze, że w latach 1955 – 1959 był tzw. "śpiewokiem" kalwaryjskim podczas wszystkich Wielkich Odpustów na Górze Świętej Anny.
    Umiał o tych pielgrzymkach opowiadać bez końca. Zawsze się cieszył, gdyśmy my młodzi chcieli Go słuchać. Pamiętam jak wiele razy czy to w zakrystii czy też w przerwie obchodów kalwaryjskich wspominał o minionych latach. Do legendy należą Jego powiedzenia powtarzane po dziś dzień o tym jak to z Przyszowic "chodziyli my za Wilusia, za Bismarka, za staryj Polski ,za Niemca, a teraz chodzymy za Rusa" opowieść o Kaplicy III Upadku co ją "postawiyli z tych kamieni i z tych pielgrzymów" o tym "szwongu w 50-tych latach jak się krziże łomały". Nikt nie umiał tak śpiewać i prowadzić modlitw. Wiele pielgrzymów z innych parafii patrzyło na Niego i słuchało Go z podziwem i niedowierzaniem. W Świętej Annie kochali go wszyscy. I ci co byli pierwszy raz i ci co przyjeżdżali tam zawsze.
    Wielką Jego radością było wznowienie pieszych pielgrzymek. Kiedy opowiadał o przeszłości widać było, że tęskni za tymi czasami o których wiele razy powtarzał "jak to było piyknie jak my piechty do Świętej Anny chodziyli". Bardzo się cieszył zawsze gdy kolejne pielgrzymki piesze co rok wyruszały. Kiedy przyjeżdżał na Górę Świętej Anny zawsze musieliśmy Mu opowiadać o tym co się wydarzyło na trasie. Wspomnienia.
    Dziś też do Jego grobu przybywają piesi pielgrzymi, by Mu powierzyć trud kolejnego pielgrzymowania.
    Był z nami zawsze. Święta Anna bez Niego wydawała się nie do wyobrażenia. Nikt nie chciał wierzyć, że kiedyś się spełnią słowa wypowiadane przez Niego zawsze na początku obchodów przy Trzech Krzyżach "zaś minoł rok i zaś my tu som, no jo już łostatni rok". A jednak przyszedł taki czas gdy Go zabrakło. Najpierw na Świętej Annie, a potem na ziemi. Kiedy już nie mógł pojechać trzeba Mu było wszystko opowiedzieć. Słuchał i było widać, że przeżywa to wszystko jakby tam był z nami. Potem odszedł już na zawsze. By się spotkać z Bogiem i ze Świętą Anną. Umarł tak jak chciał, w kościele , pełniąc do końca swą służbę. I może nie ma też przypadku w tym , że odszedł z tego świata w sobotni wieczór. Odszedł o tej godzinie gdy zwykłe w czasie obchodów kalwaryjskich na Górze Świętej przy dźwiękach pogrzebowego marsza kończy się symboliczny pogrzeb Matki Bożej. Odszedł jak to często śpiewał "na krótki czas". Odszedł z tego świata do tego piękniejszego. Razem z Nim odeszły bezpowrotnie wspomnienia. Byli inni na Świętej Annie przed Nim , po Nim są i będą inni ale Kogoś takiego jak On nie będzie już nigdy. Widocznie Tam był bardziej potrzebny. Może Pan Bóg chciał sobie w niebie urządzić Obchody Kalwaryjskie i brakowało Mu prawdziwego "Śpiywoka".
    I tylko nam się czasem wydaje, że kiedy wędrujemy trasą pieszej pielgrzymki a potem po kalwaryjskich dróżkach to Niebo się na chwilę uchyla i Ktoś się z tego nieba do nas uśmiecha.

ks. Damian Gajdzik