piesza.pl

    Moje pierwsze zetknięcie się z pieszą pielgrzymką z Przyszowic na Górę Świętej Anny miało miejsce w 1983r. Wtedy to właśnie przyszowianie szli pierwszy raz pieszo na to pielgrzymkowe miejsce dla uczczenia 150-ciu lat ruchu pątniczego z naszej parafii do św. Anny. Pamiętam, kiedy w piątkowe przedpołudnie dotarłem wraz z całą pielgrzymką na annogórski szczyt, zobaczyłem mizerny widok: tyle odcisków na nogach widziałem pierwszy raz w życiu. Później były relacje piechurów i gdybania, że mogli lepiej rozpoznać trasę , a tym samym inaczej rozłożyć siły. Wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, że już za rok i ja wyruszę, aby pieszo wędrować na to święte miejsce, które już na stałe weszło do mojego wakacyjnego kalendarza.


    Jak dziś pamiętam późny wieczór, a właściwie noc z 14 na 15 sierpnia 1984r. Wracaliśmy całą grupą z Jasnej Góry, dokąd wcześniej pielgrzymowaliśmy pieszo z Warszawy. Wtedy to właśnie ktoś powiedział: "Ludzie, jutro wychodzom piechty na Annaberg. Idymy?!" No i na tym stanęło. Nieważny był trud poprzednich dziewięciu dni i zarwana noc, przecież "idymy na Annaberg!" Tak rozpoczęło się moje piesze pielgrzymowanie na Górę Świętej Anny.


    W następnym roku poprzeczka poszła trochę wyżej , ponieważ warszawska pielgrzymka na Jasną Górę, w której i ja brałem udział, zakończyła się o dzień później i wracaliśmy do domu w nocy z środy na czwartek, podczas gdy przyszowicka młodzież była już w drodze, i co teraz? Dla mnie sprawa była wtedy prosta -przecież nie odpuszczę! W ten sposób we dwójkę, razem z Bronkiem Wiechułą, maszerowaliśmy już od szóstej rano w czwartek, by około godziny dziewiątej być już w Bojszowie, gdzie po pierwszym dniu wędrówki nocowała cała pielgrzymka. Pamiętam reakcję niektórych pielgrzymów na nasz widok: "Jak oni to zrobili, że są już tutaj? Myśmy przecież szli wczoraj cały dzień." Kiedy teraz wspominam tamte chwile, to myślę, że w młodym człowieku było coś takiego, co kazało mu iść za ciosem, nie składać broni i nie poddawać się łatwo zmęczeniu – to była po prostu spontaniczność i romantyzm, tak bym to nazwał.


    Mijały kolejne lata z wakacyjnym pielgrzymowaniem , a ja coraz bardziej wrastałem w tę formę spotkania z Bogiem właśnie przez św. Annę. Każdą pielgrzymkę jednak trzeba było przygotować. Nieraz jeździliśmy z obecnym ks. Damianem do Bojszowa załatwić nocleg, niejedną godzinę przegadaliśmy o innych sprawach organizacyjnych, ale też każdego roku rosły nam serca kiedy już byliśmy w drodze. Ponieważ każda z tych pielgrzymek była inna, była niezapomniana. Jedna, bo cały czas paliło sierpniowe słońce, inna znowu, bo nieustannie lało, kolejna, bo dostaliśmy po drodze kilka tabliczek czekolady od dobrego gościa z Niemiec.
 

Przede wszystkim zaś nasze serca rosły ze względu na wspaniałych ludzi, z którymi dzieliło się trudy, ale i radości tego pielgrzymowania. Znamienne było to, że z roku na rok coraz bardziej ten pieszy ruch pielgrzymkowy w Przyszowicach się rozwijał, zaczęły powstawać pielgrzymkowe hity:


"Szłapcugowiści", czy "Tak jak co roku na tej Górze…".


    Pewnego razu do moich uszu doszło stwierdzenie, że w naszej pielgrzymce są fanatycy. Najpierw zrobiłem wielkie oczy ze zdziwienia, bo nie wiedziałem o co chodzi, lecz kiedy mi powiedziano, że to o mnie, to już całkiem zgłupiałem, a było to tak: w lipcu 1990r. miałem w pracy wypadek i założono mi na rękę szynę gipsową, tak też poszedłem na pielgrzymkę. Na trasie spotkaliśmy pielgrzymów z Żernicy – była ich garstka, podczas gdy nasza grupa liczyła około stu osób. Właśnie w rozmowie z nimi usłyszeliśmy stwierdzenie, że jest nas tak wielu, bo wśród nas są fanatycy, którzy łamią sobie ręce, aby mieć wolne dni na pielgrzymkę.
 

  No ale ja tak gadu, gadu, a zapomniałbym o najważniejszym, o tym, co tak naprawdę się czuło we wnętrzu serca i ducha. Dla mnie były to przeżycia bardzo osobiste, które wypełniały serce jak powietrze wypełnia balon. Bardzo się wtedy chciało nałapać tego powietrza jak najwięcej, by wystarczyło na długo – właściwie na cały rok. Wyruszając z przyszowickiej świątyni w drogę do św. Anny rozpoczynało się swoiste rekolekcje na przeżywaniu wspólnej drogi z bliźnim, kroczeniu kalwaryjskimi ścieżkami, rozważaniu męki Pańskiej czy radości i smutków Najświętszej Marii Panny. Tu dokonywała się swoista odnowa wewnętrzna, tu zawsze czerpałem pełną piersią z bogactwa duchowych przeżyć jakie daje Góra Ufnej Modlitwy, wszak nie na darmo mówi Pismo św. "wznoszę swe oczy ku górom: skądże nadejdzie mi pomoc?" ( Ps. 121,1)


    I tak przyszły lata dziewięćdziesiąte, a wraz z nimi nowe obowiązki. Dziś jako przewodnik na Górę Świętej Anny dziękuję Bogu za to, że pozwolił mi odprawić nowennę dziewięciu pieszych pielgrzymek na to Święte Miejsce. Przeżywam też wielką radość z tego, że ta forma spotykania się ze Świętą Anną – jak ją już wcześniej nazwałem – w Przyszowicach ciągle jest żywa i co więcej, nadal się rozwija. To dlatego możemy w tym roku obchodzić XX-lecie pieszego pielgrzymowania na Górę Świętej Anny.

Damian Froncek – Przewodnik