piesza.pl

Pielgrzymowania Dzień Pierwszy

    Jest 6:00 rano. Właśnie się obudziłam. Miałam koszmar. Śniło mi się, że Andrzej Grobosz (vel. Struś) jednak idzie z nami na pielgrzymkę. Sen był tak realistyczny, że aż mi w uszach dudniło od jego krzyku o 4:30 w Bojszowie „STOWAĆ!!!”. Brrr – ciarki mi przeszły po plecach. Na szczęście to tylko sen :-)

Popatrzyłam przez okno – pogoda jakaś taka nie do końca wyraźna. Znowu trzeba będzie się ubrać w cebulkę i tachać ze sobą zbędne kilogramy. Może jednak jakoś się to wyklaruje?
    Słyszę mamę za drzwiami. Już łazi po mieszkaniu. Pewnie za chwilkę wparzy mi do pokoju i powie to, co zawsze, że muszę już wstać, bo zaś nie zdążę. Ja nie wiem, czemu tak mówi – jeszcze nigdy się nie spóźniłam… no… może zapomniałam parę razy kilku rzeczy, ale to wszystko. Dobra – zbieram te moje zwłoki z superwygodnego łóżeczka. Aż łza się w oku kręci na myśl, że zamieniam je na twardą podłogę i zimny śpiwór.
    No nic, trzeba spakować papu na drogę, nie zapomnieć o wodzie mineralnej z lodówki jak rok temu i szczoteczce do zębów. Zasypiam nad śniadaniem. Kto to widział wstawać tak wcześnie? I to w środku lata? (jak zwykle muszę sobie trochę pobiadolić – lepiej mi się potem znosi zimną wodę w Bojszowie i mszę o 5:00 w domu pielgrzyma)
    Wszystko spakowane? Kalwaryjka, coś od deszczu, czapka na głowę, różaniec… PLAKIETKA!!! Na pewno jest w szufladzie, zawsze tam była… wcięło ją. Trudno. Kupię u Tomka Dolaty :-) 
    Chyba jestem gotowa do drogi. Ostatnie buzi mamy i taty. „A żebyście tylko mieli fajno pogoda, żeby wom niy loło. Dej pozor jak pójdziecie asfaltym, bo to różne hahary jeżdżą, co cie żodyn niy przejedzie. A jak już bydziecie na miejscu to dej znać. Przijadymy w sobota na obchody!!” Tak, tak wiem – w końcu idę nie pierwszy raz.
    6:45. siostra parkuje z hukiem przed kościołem w Przyszowicach. Zabieram bagaż i lecę do Jamaru. Po drodze słyszę krótkie rozmowy przypadkowych osób: „cześć! Znowu Annaberg! Jak ten czas leci?”, „O cześć, co słychać? A co masz ubrane?…”. To wszystko ma swój niepowtarzalny urok.
    Wchodzę do kościoła. Znajome twarze, które spotykam tylko raz do roku, starzy znajomi, jakieś nowe przejęte osóbki – nieświadome niczego biedactwa :-)
7:00 rano a wszyscy uśmiechnięci! Co ta św. Anna z nami robi??!!
    Dzyń, dzyń, dzyń – zaczyna się msza. Widzę księdza Damiana – no, teraz to już się na dobre zaczęło!
    W końcu zbieramy się do drogi. Po modlitwie przy ołtarzu, zaśpiewaniu piosenki pielgrzymki, sprawdzeniu obecności i pierwszym grupowym zdjęciu formujemy się w coś, co trochę wygląda jak rozciągnięta nudla. Pierwsza ofiara do niesienia głośników została wyznaczona. Stawiamy pierwsze kroki, dziarsko i pełni zapału. Zaczynają się pierwsze rozmowy, śmiechy i flirty. Ksiądz Damian już biega między nami i szuka swoich „ofiar” :-). Żegnamy się jeszcze z tymi, którzy stoją przy drodze (zawsze się zastanawiałam, co oni se o nas myślą ?), mijamy „Pierwszy Punkt Sanitarny dla Papka” i … zaczyna się – niekończąca się opowieść, najdłuższa wioska świata, obłęd nad obłędami, koszmar z ulicy Rolników – BOJKÓW!!! (tudzież zwany Szywołdem)
    Modlimy się za mieszkańców Bojkowa… dalej idziemy ulicą Rolników…idziemy, idziemy i końca nie widać, jeszcze idziemy… w końcu – pojawia się na horyzoncie postrach ruchu drogowego z Chudowa – ulica Rybnicka! Cudem, bez strat w ludziach przeszliśmy na drugą stronę. A tu… NIE MA STRUSIA!! NIE MA „CZAPKI NA GŁOWĘ!!”, NIE MA „TEN DZIESIĄTEK OFIARUJEMY…” – aż chciałoby mi się napisać, że bez niego to już nie jest ta sama pielgrzymka. Ale nie napiszę, bo się jeszcze chop rozbestwi :-) Dodam tylko, że nie zostawił nas samych sobie i zadbał o prawidłowy przebieg naszego pielgrzymowania. Wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi!
    Pierwszy różaniec odmówiony, a my dalej idziemy. To już Żernica. Słyszę wokoło orkiestrę dobywającą się z niektórych żołądków. Jeszcze trochę i będzie pierwszy postój. Co mniej wytrwali pałaszują już jakieś batony. Na czoło pielgrzymki wysuwa się Żaneta i Aneta z kamerą. I oto przed nami cudowny znak na niebie i ziemi – SMOLNICA!! Skręcamy w las i…siadamy! Jakie to cudowne uczucie – siedzieć!! Chwilka na jedzonko :-)
    Brzuszki pełne, plecaki trochę lżejsze, wokoło roznosi się zapach Off’a na komary, odklejona podeszwa modego Dugiego już się trzyma a my kładziemy się do snu… yyyy… to znaczy szukamy wygodnej pozycji do wysłuchania ważnej konferencji :-) Jeszcze dobiega głos księdza Damiana, który swoim zwyczajem szuka miejsca w pobliżu tych, którzy mają Colę i inne dobroci. Do tego wymyśla rymowanki w stylu:

„Najfajniejsze dziołchy miyszkają pod lasem
i marzą o randce z Lowelasem”

    Południe dawno już minęło, ale zgodnie z tradycją odmawiamy Anioła Pańskiego i wyruszamy w dalszą drogę. Mijamy jeszcze samochód pana Papkali, który dowozi wodę i zbiera z trasy ewentualnych niedobitków. Po drodze tworzą się nowe flirty albo odgrzewają się te sprzed roku. Słychać salwy śmiechu i zaciekłe dyskusje na tematy bliżej nieokreślone. Zabieramy się za śpiewy i kolejną tajemnicę różańca.
Dochodzimy do Sośnicowic. Przystajemy chwilkę w kościele a potem, jeśli ktoś umie się ruszyć, idziemy na plac salek i probostwa. Jednak to, co zastajemy przekracza nasze pojęcie – zabrali nam trawę do leżenia! Gdzie jest nasza trawa!! Położyli tu jakieś kamienie czy coś… i gdzie my się teraz kimniemy?? Na szczęście wychodek się nie zmienił – dwie deski, dwie dziury i szmata :-) A na obiad-niespodziankę był rosół z makaronem!
    Zbiórka na ryneczku, ofiara do głośników, problemy z kabelkami i idziemy dalej. Marsz zaczynamy Koronką do Bożego Miłosierdzia.
    Powoli tracę rachubę, nie wiem, która to już godzina, jakie miejscowości mijamy i czy w ogóle jeszcze macham nogami. Jestem zmęczona, ale na szczęście nie mam żadnej blazy!! Upał leje się z nieba, słońce praży jak kaloryfer. Czuję się jak jajko sadzone na patelni.
    Przed nami las. Tuż za nim będzie już Bojszów. Wysokie drzewa dają upragniony cień. Asfalt klei się nam do butów. Niektórzy mają już niezłe poparzenia skóry. Kilka osób utyka, parę zrzędzi, że chce do mamy i w ogóle, że to był już ostatni raz! Las się ciągnie jak spaghetti… mmmm, ale by się zjadło! Mijamy w końcu ostatnie drzewa, jeszcze parę kroków i już! Widać kościół w Bojszowie! Resztkami sił, co niektórzy wloką się w ogonie pielgrzymki. Zostało parę metrów. Po prawej boisko sportowe, po lewej… miejsca „zakazane” dla pielgrzymowiczów :-) Skręcamy w lewo i nie pozostaje nam nic innego, jak uklęknąć i całować ziemię. Pierwszy dzień marszu za nami. Teraz tylko się umyć (a prawdziwy pielgrzym myje się w lodowatej wodzie w strumyczku za cmentarzem, salce pod kościołem, tudzież w szopie przy kosiarce), coś zjeść i świat będzie wspaniały!!
    Jest piękny, letni wieczór. Wybiła godzina 20:00. Zbieramy się przed kościołem i idziemy (niektórzy kuśtykają, jak osiemdziesięcioletnie babcie) na cmentarz. Jak co roku odwiedzamy te same dwa groby i zapalamy znicze. Chwila zadumy, przypomnienia o tym, co było u początku pielgrzymowania z Przyszowic na Górę św. Anny. Głęboki oddech i już możemy iść na schody pośpiewać „Tak, jak co roku na tej górze… ” (tak, jak co roku, tak i dziś nie udało się zaśpiewać tego magicznego trzeciego głosu :-)). Słońce się już chowa za dzwonnicą, a my słuchamy opowieści o tajemniczej Karolinie Gilewskiej i jej śmiałych przygodach w dyskotece… Księża to jednak mają życie :-)
    Komary już zrobiły z nas chodzące bąble, więc czas uciekać w kojący chłód kościelnej kaplicy. Oczka się nam zamykają i jakoś strasznie chce się człowiekowi ziewać. Bierzemy do rąk ciekawe wydanie brewiarzy i odmawiamy nieszpory. Psalmy, czytanie, responsorium, Pieśń Maryi, prośby i… tak – nadchodzi ten niezwykły moment, na który stali bywalcy pielgrzymki czekają od dawna. Można sobie usiąść wygodnie, wtulić się w osobę nam towarzyszącą (oczywiście nie zapominajmy, że jesteśmy w kaplicy!!) i wsłuchać się w słowa księdza Damiana. Bo oto jest czas jego konferencji. Pamiętam, jak kilka lat temu mówił o Ojcu Teofilu i jego pogrzebie. Pamiętam, jak puścił kasetę z nagraniem marsza żałobnego. Pamiętam, jak rok temu wspominał o pielgrzymach z gór, o swoich uczniach, którzy zginęli w Tatrach przysypani lawiną. Pamiętam, jak najwięksi twardziele spośród nas ukradkiem ocierali łzy. Bo nie można było wtedy nie płakać. Nie można było wysłuchać tego, bez zastanowienia się: „a co z moim życiem?”. I tym razem mówił o pielgrzymowaniu. Mówił, a jego słowa głęboko zapadały nam w pamięć. Bo po to jest czas pielgrzymki – żeby się zatrzymać i przyjrzeć swojemu życiu. Po chwilach zadumy przyszła pora na okrutną rzeczywistość: pobudka jutro o… 4:30. Więc nie pozostało nam nic innego, tylko umyć ząbki, siusiu i nyny do śpiwora – własnego, oczywiście :-)

    O rany!! Co się robi?? Co to za larmo?? Czemu wszyscy wstają? Przecież jeszcze jest ciemno na dworze!! Coś wam się pokopało! Idźcie z powrotem spać…
Nie, no… qrcze. Która jest godzina? Gdzie jest mój zegarek? Nic nie widzę na oczy… 4:40. Jezu! Przecież ja dopiero się położyłam, no zasnęłam przed chwilką… Aaaa nie wstaję, tak będę leżeć. Koniec. Kropka.


Pielgrzymowania Dzień Drugi

STOWAĆ!!!!!!!!!!!!

    Dobra, już dobra. Nie trzeba tak krzyczeć, już wstaję. Komu, jak komu, ale policji się stawiać nie będę. Jeszcze mnie wsadzą :-)
    Zaraz, zaraz… co ja to miałam… aha! Umyć się miałam iść. Tak, gdzie jest mój ręcznik? Qrcze, klapka mi zasunęli, gdzie jest mój klapek.
    Ta zimna woda jest dobra tylko dla tych, którzy nie umieją się obudzić! Aż mi zębami narwało, taka lodowata. Jak sobie pomyślę, że niektórzy pod nią myli włosy to już się cała trzęsę.
    Czas się spakować i wynieść bagaże to tego ciemnego lochu, w którym co roku nie świeci lampa. Można się zabić przez niektóre toboły rozstawione gdzie popadnie.
    W kółko słyszę marudzenia i zawodzenia, że niewiadomo, po co tak wcześnie wstawać, że spakować się można w piętnaście minut, że teraz to jestem zmęczona(y) i w ogóle nie do życia. Tak, tak – uroki Bojszowa. Ale za chwilkę nakarmimy głodne brzuszki i już będzie dobrze. A potem do kościoła. To jest jedyny kościół, w którym jest tak specyficzny zapach. Ni to kadzidło, ni to kule na mole. Tak naprawdę, to dopiero siedząc w nim rano na jutrzni dociera do mnie, że znowu idę na Annaberg. Dopiero tam uświadamiam sobie, ile jeszcze przede mną. Zaczyna się msza… ogólnym chichotaniem i salwami śmiechu – ministrantów przebrano w jakieś stańczykowe kubraczki!! Nie, no w czymś takim chyba się nie da poważnie służyć do mszy. Nobel dla projektanta!
    Po mszy ogłoszenia i… zdjęcie z ministrantami – taki szoł musi być uwieczniony!
    Wychodzimy z kościoła. Poniektóre biedactwa już od drzwi lecą w owo pachnące, ustronne miejsce pogadać z pająkami. Po stronie pań oczywiście kolejka. A tu już wszyscy się szykują do zdjęcia! Dużo krzyku i hałasu, aż wreszcie każdy już ustawiony i gotowy do stałego okrzyku:

„Ciś bąka przez słomka!!!”

    Ofiara do głośnika już jest, więc można ruszać do drogi. Jeszcze tylko podziękowanie księdzu proboszczowi i IDZIEMY!! Ksiądz Damian i Krzysiu Zaremba się dorwali do mikrofonu i zaczynają opowiadać cuda boskie. Ale tylko chwilkę, bo przecież Godzinki trzeba odprawić. Gdzie jest Ilona! Wołać Ilonę. Książeczki w dłoń i rzykomy! Zawsze wtedy jest mi żal tych, którzy właśnie tego ranka chcieli się wyspać, ale niestety mieszkają przy drodze, którą idzie przyszowicka pielgrzymka. Jak to godają – kożdego szkoda!

    Godzinki porzykane, , powoli niektórzy się budzą, przechodzi nam ziewanie i zmierzluszenie, że tak wcześnie trzeba było wstać. Zbliżamy się do sławnego w całych Przyszowicach i miejscowościach ościennych :-) mostu w Rudnie. Most ma swoją historię, którą słyszymy w tym miejscu co roku. To tutaj powstała piosenka, która jest nieoficjalnym hymnem naszej pielgrzymki. Złoty medal należy się autorowi tytułu i tekstu: „Szłapcugowiści”. A więc – zaczynamy odliczanie: 10, 9.5, 9 … 3, 2.5, … 1.5 … zero iiiiii

„Przychodzą takie dni jak dziś…”

    Heh… aż łza się w oku kręci! Ale na bok zostawmy sentymenty i dalej przebierajmy nogami. Przed nami krótki odcinek drogi i krótki przystanek. Już widać po prawej stronie knajpkę z płotem, na którym niektórzy od razu sadzają swoje szanowne cztery literki. A po lewej stronie dom pani Elwiry, która też wpisała się w historię naszej pielgrzymki, częstując prekursorów „pońci” swoim kompotem. I za to, co roku dostaje od nas kartkę, wręczaną przez ks. Damiana i Krzysia Zarembę. Tym razem Andrzej „Struś” Grobosz nie mógł uścisnąć dłoni pani Elwiry (ale zapewne zaznaczył to na swoim szczegółowym planie -;) ). W między czasie strudzona tym „długim” odcinkiem trasy mogę conieco przekąsić – tym razem jabłuszko 😉
    Odśpiewaliśmy „Wszystkiego dobrego” i zebraliśmy się w dalszą drogę na Górę św. Anny. Tak sobie idziemy i idziemy, mijamy domki, rzykomy różaniec, wchodzimy do lasu, mijamy tory kolejowe. Za torami jak zwykle czekamy na te niedobitki, które ciągną się za nami jak makaron do spaghetti. Ks. Damian przypomina, że pod żadnym pozorem nie możemy zrywać jabłek z ogródka po prawej stronie. No cóż – jak pońć to pońć!
    Wszyscy już są, więc możemy ruszać dalej do pierwszego postoju. Już trwają negocjacje, kto biegnie pierwszy, żeby zająć miejsca w kawiarni koło sklepu z czasów Gierka. A tymczasem ks. Damian zbiera wytrawnych „trębaczy ustnych” i zaczyna się koncert, jakiego świat nie widział. Idę za nimi i czuję się tak, jakbym już na obchodach na Annabergu była. Czego tam nie grali: „Śpiewa mi słowiczek” ze strony „czista czi”, „Cóż Ci Jezu damy” z pamiętnymi przygrywkami i coś tam jeszcze. Ale w pewnym momencie się jakoś nie dogadali i fałsz aż zazgrzytał po kościach. Oczywiście Ślązak Roku skomentował to odpowiednio:

„Keryś sam gro jak wyproszczono waltornia!”

Dla niewtajemniczonych – waltornia to współczesny róg orkiestrowy, który jest mosiężną, wspaniale błyszczącą piszczałką, zwiniętą na kształt koła, z wystającymi poza jego obręb częścią ustnikową i imponującym dźwięcznikiem (czarą głosową). Wewnątrz tego koła pętlą się dodatkowe rurki z zamontowanym mechanizmem wentylowym. Stożkowaty ustnik i wąska menzura (stosunek średnicy rury do jej długości) umożliwiają wydobywanie na tym instrumencie za pomocą przedęcia wysokich tonów harmonicznych. Mimo wszystko gra na nim jest piekielnie trudna. Jeśli w orkiestrze jakieś instrumenty kiksują, są nimi najczęściej rogi… – nic dodać nic ująć ;-).

    Przed nami ostatnie metry do postoju pod sklepem. Na przód wysuwają się „wysłannicy” do zajęcia najlepszych miejsc siedzących. Jednak nikt się nie waży wyprzedzać krzyża &- bo jakby się Struś dowiedział… – krążą nawet słuchy, że jesteśmy przez niego obserwowani ;-). Dochodzimy do skrzyżowania, skręcamy w lewo, przyspieszamy kroku i… co to??!! Zamknęli sklep! Normalnie zabarykadowali go jakimś metalowym płotem! I gdzie my się teraz podziejemy? Gdzie my głodni, strudzeni pielgrzymi usadowimy nasze biedne siedzonka i zjemy upragnione bułeczki? Należy nadmienić, że w tym roku piekarnia w Bojszowach jakoś zastrajkowała i bułki dowiózł niezastąpiony pan Papkala!
    Ale wróćmy do postoju – ktoś mądry skierował nasze kroki na boisko piłkarskie. Kto żywszy od razu zajmował miejsce w cudnym cieniu. Inni wybrali ławki po drugiej stronie. I zaczęło się: bułki, tomaty, suche kiełbaski, zielone ogórki, topione kyjzy, pasztety… dla takich chwil warto żyć i trochę się pomęczyć. Po kilkunastu minutach nabieramy sił do dalszej drogi. Posprzątaliśmy po sobie i wróciliśmy na trasę. Tym razem w kierunku osławionego postoju pod dębem!
    Ruszamy. Różańce w dłoń, plecaki na plecka, czapki na główki i uśmiechy na usta. I – lewa, lewa, lewa…
    Czas mija, żar leje się z nieba, blazy się robią na stopach. Niektórzy już kuśtykają. Chłopaki ze starszej elity już zbierają puste butelki po wodzie – po co? No przecież nie ma chrztu bez wody! Dochodzimy do Niezdrowic. Po lewej mijamy dom przyjęć weselnych i innych imprez, kościół, małe domki. A przed nami las! Trochę cienia daje ulgę. Maszerujemy żwawo, bo przed nami postój. Jeszcze tylko parę kroków i już go widać. Stoi dumny i majestatyczny z rozłożystymi konarami – piękny dąb. Zajmujemy te same miejsca, co każdego roku – ksiądz Damian z Rzecznikiem Prasowym Pielgrzymki pod samym dębem, reszta – gdzie popadnie. Nareszcie jest czas na papu i krótką drzemkę – w końcu trzeba odespać to wstawanie o 4.30! Jeśli ktoś się obudził albo jeszcze nie zdążył zasnąć, to wie, że po jedzeniu jest konferencja. „Niestety” w tym roku swoim słowem nie uraczył nas Andrzej, ale ks. Ryszard – z tego co pamiętam, a może też spałam 😉 , mówił krótko, zwięźle i na temat.

    A tuż po konferencji przychodzi czas na ten niezwykły moment, na który niektórzy czekali z bijącym sercem. Rozpoczyna się przemówienie ks. Damiana i Rzecznika Prasowego wprowadzające do sławnego rytuału chrztu prawdziwego pielgrzyma. Po kolei wyczytywani są ci, którzy pierwszy raz odważyli się na ten wyczyn. Stają w równym rzędzie i pewnie się zastanawiają, co tym razem przygotowano dla „nowych”. Na szczęście Pampersy były w tamtym roku. Rzecznik Prasowy każe im uklęknąć i zaczyna się show! Jak wszystkie kotki, także i te pielgrzymkowe – do picia dostają mleczko. Tyle tylko, że ze specjalnymi „witaminkami”. Życzymy zdrowia i przechodzimy do następnego etapu – pasowanie na prawdziwego pielgrzyma. I tu niezastąpione są stare fuzekle albo przechodzone sandały na kiju i zimna woda!! Oj, co się działo. Aż miło było popatrzeć. Dobrze, że za moich czasów chrzty były bardziej cywilizowane ;-). Jeszcze tylko wspólne pamiątkowe zdjęcie i pakujemy się do drogi. Mężczyźni ustawiają się w zwartej grupie, trzymają już śpiewniki w dłoniach, nabierają powietrza w swoje męskie płuca i… lewa, lewa, lewa:

„Rozkwitały pąki białych róż…”

    Na dźwięk tych basów, tenorów i barytonów pewnie cała leśna zwierzyna zwiała gdzie pieprz rośnie! A czego tam nie śpiewali! „O mój rozmarynie”, „Wojenko, wojenko”, „Nie noszą lampasów” – prawdziwy koncert piosenki żołnierskiej!! Ach ci nasi mężczyźni – aż ma się wrażenie, że urośli z tej dumy i patriotyzmu 😉
    Czas jednak wyjść z lasu i skierować swoje kroki w stronę nieuniknionego obłędu. Trwoga oblewa nasze twarze, blazy zaczynają bardziej boleć, coraz więcej bandaży pojawia się na kolanach, ale jako prawdziwi pielgrzymi jesteśmy nieugięci. Z podniesionymi głowami idziemy naprzeciw przeznaczeniu. Św. Anno miej nas w swojej opiece!!
    Jeszcze tylko odliczanie i hymnem pielgrzymki wkraczamy na drogę obłędu. Na początku, z pieśnią na ustach idzie się nam całkiem nieźle, jednak z każdym krokiem jest coraz trudniej. Niektórzy mają nawet łzy w oczach na myśl, że najgorsze ciągle przed nami…
    I dziemy przez obłęd. Z prawej strony drzewa i pola, z lewej strony drzewa i pola, przed nami droga, drzewa i pola. I tak mijają minuty, a my idziemy dalej. I ciągle idziemy. Idziemy… dalej idziemy – zwariować można. To przecież obłęd…
    Ale co to?? Jakiś zakręt przed nami!! TAK!! Skręcamy w lewo i wita nas upragnione ZALESIE!! I teraz zaczyna się morderczy wyścig – kto pierwszy pod Zalesianką… obawiam się jednak, że tym razem to wyścig o to, kto dojdzie o własnych siłach, a kogo dokulają…

    Błogi odpoczynek! Należy się nam, po takim trudzie. Rozkładamy się na trawie, w barze albo gdziekolwiek. Wcinamy kanapki albo inne co nieco i nastawiamy się psychicznie na następny, gorszy obłęd. Już późno, a przed nami jeszcze długa droga. Jakoś nie umiemy się zebrać. Jednak w końcu wychodzimy koło 16.00 spod Zalesianki do Leśnicy. Trochę nie w porę (jakby to Andrzej widział…) zabieramy się za koronkę.
    I idziemy dalej. Po prawej naszej stronie pola. Po lewej – pola. Przed nami – asfalt i pola… Ale co to?? Na asfalcie jakieś znaczki malowane kredą. Po którymś z kolei, zorientowaliśmy się, że te hieroglify są skierowane do nas i pisane przez naszych chudowsko-przyszowickich pielgrzymów, którzy wcześniej zabrali manatki i wyszli w trasę! Dziękuję im w tym miejscu za umilenie nam drogi.
    A tymczasem idziemy. Upał, że aż by se człowiek chciał przykląć pod nosem, ale w końcu to pielgrzymka. Trza iść dalej. I iść, i iść i iść… dochodzimy do Lichynii i… idziemy dalej. Znowu niektórzy mają łzy w oczach, tym razem jednak z wysiłku i z tęsknoty do św. Anny. A Ona ciągle daleko – raz po prawej, raz po lewej stronie, a raz nawet w ogóle Jej nie widać. Oh, jak dobrze byłoby już być u Niej, uklęknąć i ucałować ziemię. A potem się wykąpać!
    Niestety – teleportacji jeszcze nie przeprowadzają, więc musimy na własnych stopkach się dotaszczyć na Annaberg. Jeszcze tylko kilkaset metrów. Już dochodzimy do Leśnicy. Ostatnie kroki i już jest przed nami znajoma restauracja i spadzisty trawnik naprzeciwko. Chwila odpoczynku, łyk wody i już się serce rwie do Babci Anny. W końcu jest już tak blisko – na wyciągnięcie ręki. Nie czas na narzekanie, że wszystko boli, że blazy pękają. Trzeba iść! Bo Ona czeka. Więc się wspinamy. Z trudem pokonujemy te metry dzielące nas od celu. Pot leje się z czoła, nogi odmawiają już posłuszeństwa, ale widok czereśni na drodze uświadamia nam, że tak niewiele nam już zostało. Po chwili naszym oczom ukazują się pierwsze kaplice dróżek kalwaryjskich. Wchodzimy pod cień drzew. Znowu łyk wody i… Trzeci Upadek. Mam wrażenie, że płuca za chwilę wypluję. Ale wszystko mi już jedno. Byle do przodu, jeszcze te parę kroków. Już widzę Trzy Krzyże. I oto jestem. Siadam zmęczona, jak nigdy. Chce mi się płakać ze szczęścia. Doszłam!! Św. Anno – dziękuję!!
    Czekamy aż wszyscy dotrą na miejsce, zmęczeni równie mocno jak ja. Ale tak samo szczęśliwi! Jeszcze tylko wspólne zdjęcie dla upamiętnienia tej chwili i szykujemy się na przywitanie z Św. Anną. Znowu wspinamy się pod górę, kilka stopni i Rajski Plac. Klękamy i całujemy te cudne kamienie, o których marzyliśmy jeszcze kilka godzin temu. W ciszy i skupieniu wchodzimy do Jej pałacu. Stoi tam i czeka na nas. Uśmiechnięta. Wita nas z otwartymi ramionami. W końcu czekała na nas cały rok! Klękam pod ołtarzem i, szczęśliwa jak dziecko, płaczę. Zapominam o tym, że boli mnie każdy mięsień mojego ciała, zapominam, że jestem zmęczona i śpiąca. Bo to się przestaje liczyć, kiedy patrzę na Nią.

    Babciu kochana, tak za Tobą tęskniłam. Dziękuję, że znowu tu jestem. Tyle mam Ci do powiedzenia! Tyle się wydarzyło w ciągu tego roku. Ale przed nami trzy dni, więc zdążę się z Tobą wszystkim podzielić. Teraz pozwól mi odpocząć. KOCHAM CIĘ!!

    Co było dalej? To już inna historia. Powiem tylko tyle, że jako prawdziwemu pielgrzymowi nie straszny był mi upał, ani deszcz. W końcu przyszłam na Jej Górę po to, żeby z Nią być. Inaczej to wszystko nie miałoby sensu…

Prawdziwy Pielgrzym